Wolontariusz senior
GIGOŃ JAN

GIGOŃ JAN

(daty narodzin i śmierci nieznane)

Dobrzy i pracowici ludzie zostawiają po sobie niezwykłe pomniki — serdeczną pamięć w sercach bliźnich, pamięć, która przekazywana z pokolenia na pokolenie powoli staje się legendą. Tak było w przypadku Jana Gigonia, nauczyciela, a potem przez trzydzieści lat kierownika skawińskiej szkoły. Kiedy i gdzie się urodził? Skąd do nas przyszedł? Czy miał bliską rodzinę? Na żadne z tych pytań nie znamy odpowiedzi, choć Towarzystwo Przyjaciół Skawiny wytrwale ich szuka.

Wiemy na pewno, że w 1861 r. Jan Gigoń pełnił już funkcję kierownika szkoły. W pamięci swoich uczniów i ich rodziców zachował się jako człowiek o złotym sercu, znakomity i bardzo wymagający nauczyciel. Za jego czasów znacząco wzrosła liczba młodzieży, która po skończeniu skawińskiej szkoły podejmowała dalszą naukę w Krakowie. Jan Gigoń zwykle chodził z nieodłączną fajką na długim cybuchu. Ten cybuch w razie potrzeby służył wymiarowi szkolnej sprawiedliwości, wchodząc w bezpośredni kontakt z uczniowskimi łapami lub pupami. Nie dziwmy się! Sto pięćdziesiąt lat temu lanie było powszechnie stosowaną karą — i w domu, i w szkole. Uczniów przybywało i opanowanie ich przez jednego nauczyciela stawało się coraz trudniejsze. W szkole pojawiła się zatem funkcja “pomocnika”, którą przez kilka lat pełniła Maria Gigoń, prawdopodobnie żona kierownika. Dopiero po kilku latach przyjęto na stałe drugiego nauczyciela — Jakuba Krawczyka. Pisząc o stosunku do uczniów podkreślić trzeba, że Jan Gigoń widział nie tylko psikusy swoich podopiecznych i ich szkolne zaniedbania. Jego czujne oko umiało wypatrzyć każdą biedę materialną i każdą niedolę. Starał się otoczyć szczególną opieką dzieci, które tego potrzebowały i choć miasto było biedne, udawało mu się czasem wyrwać kilka reńskich na zakup podręczników i szkolnego wyposażenia dla najuboższych uczniów.

Przez trzy kadencje Jan Gigoń był radnym miejskim. Widocznie skawiniacy mieli do niego zaufanie. Miasteczko było jednak ubogie, więc pan Kierownik musiał toczyć ciężkie boje o każdy dodatkowy grosz na potrzeby szkoły. Jesienią 1867 r. Jan Gigoń prosił o naprawienie płotu koło szkolnego ogródka, w którym uczył dzieci szczepienia i pielęgnacji drzewek owocowych. Wszyscy z uznaniem podkreślali znaczenie tej nauki, ale naprawiono tylko pół płotu. Druga połowa musiała czekać do przyszłego roku. W następnym roku pan kierownik złożył wniosek o zakupienie pięciu nowych ławek szkolnych i kilku obrazków do nauki przyrody. Po bardzo długich naradach zakupiono jedną nową ławkę, a pięć zniszczonych naprawiono i odmalowano. Zakupiono też “aż” trzy obrazki. W 1869 r. szkoła, za zgodą władz miejskich, sprzedała w drodze licytacji wyhodowane przez młodzież drzewka owocowe, a uzyskane pieniądze przeznaczono na rozbudowę ogródka. W ten sposób dzieciaki zdobywały nie tylko bardzo potrzebne umiejętności ogrodniczo-sadownicze, ale uczyły się też zaradności i gospodarności.

Za czasów Jana Gigonia szkoła uzyskała dwa nowe budynki, oba stanowiące wcześniej własność Dzieduszyckich z Radziszowa. W jednym z nich mieści się obecnie Specjalny Ośrodek Szkolno-Wychowawczy. To znacznie poprawiło warunki szkoły. Przybyło dzieci, przybyło też nauczycieli. Nauka trwała od godz. 8.00 do 12.00 i od 14.00 do 16.00. Jedynie w czwartki zajęcia kończyły się już o 10.00

Jan Gigoń odszedł po prawie trzydziestu latach kierowania skawińską szkołą. Zostawił po sobie pamięć człowieka o złotym sercu, kryształowej uczciwości i mocnej ręce.

 

autor: Anna Kudela

rysunek: Magdalena Szynkarczuk

 

Materiał opracowany w ramach współfinansowanego ze środków Ministerstwa Pracy i Polityki Społecznej projektu:

"Skawiniacy w siedmiomilowych butach – jesteśmy z jednej bajki"

Drukuj Drukuj